poniedziałek, 14 września 2009

Jak zostałem Naczelnikiem ZHP

Paweł Wypych został ustami prezydenta. Nie zazdroszczę. Przy tej okazji i mnie spotkało coś zaskakującego. Zadzwoniła cudowna red. Eliza Olczyk ("Rzeczpospolita") na plotki o PW. Pogadaliśmy, powspominaliśmy.

O ludziach Kaczyńskich nie mam zwykle nic dobrego do powiedzenia. Na tym tle PW jest wyjątkiem. Może ze względu na harcerską przeszłość, a może dobre początki w koalicji z lewicą (był działaczem UD) mimo wejścia w orbitę ludzi małych pozostał Człowiekiem przyzwoitym. O tym wszystkim z Elizą plotkowaliśmy.

Dziś przeczytałem tekst. W sumie wiernie oddający to co o PW myślę i co o Nim mówiłem. Zdziwiło mnie tylko jedno zdanie. Oto Autorka napisała:

"Radny SLD Andrzej Golimont, który również specjalizuje się w polityce społecznej, twierdzi, że Wypych był jedynym jasnym punktem całej PiS-owskiej ekipy, która przyszła w 2002 roku do warszawskiego ratusza. – Miał dużo pomysłów i konsekwentnie je realizował. Potrafił wyrzucić za drzwi związkowców, jeżeli stawali mu na drodze – opowiada z uznaniem Golimont. Dodaje, że Wypych na dodatek jest ujmujący, potrafi powiedzieć „wynocha” w taki sposób, że ma się wrażenie, iż życzy przyjemnej podróży.

– Wie pani, jak się poznaliśmy? Wypych mnie okupował – śmieje się radny SLD. – W 1989 roku byłem rzecznikiem naczelnika ZHP. Któregoś dnia grupa młodych ZHR-owców wdarła się do kwatery ZHP i zaczęła ją okupować. Ówczesny naczelnik Krzysiek Grzebyk, który był posłem, wszedł do naszej siedziby przez okno, a ja zacząłem się awanturować pod drzwiami, że ZHR-owcy uwięzili parlamentarzystę. Wejścia pilnował właśnie Wypych, który ze spokojem powiedział, że nikogo nie uwięził, przeciwnie chętnie wyrzuciłby tego posła, bo jest zwykłym szkodnikiem.

Golimont wspomina, że Wypych rozpoczął w Warszawie m.in. program rodzinnych domów dziecka. – Na jego promocję poszły spore pieniądze, „przypadkiem” zbiegło się to z kampanią wyborczą – mówi z przekąsem radny SLD."


To cytat za wersją tekstu z serwisu internetowego. W wersji papierowej stało, że byłem "zastępcą naczelnika". Zatkało mnie. Po krótkiej rozmowie z Autorką w wersji internetowej pojawił się "rzecznik". Płyną z tego dwa wnioski: Eliza jest wielka, a internet to potęga! :-)

poniedziałek, 27 lipca 2009

Warszawa ocenia KDT

Pani Prezydent pokazała, że ma jaja – ta opinia jednego z komentujących sytuację z Kupieckimi Domami Towarowymi internautów oddaje zdanie statystycznej większości Warszawiaków. Nie pomogły ani szantaże, ani zasłanianie się dziećmi. Na Plac Defilad wreszcie będą mogły wjechać spychacze i w miejsce prowizorki („To jest fakt, na ten fakt rady ni ma, prowizorka najlepiej się trzyma” – jak śpiewał Wojciech Młynarski) będzie można – prawie 70 lat po wojnie – odbudować centrum Stolicy. Nareszcie!

Oczywiście pozostaje problem miejsc pracy. Ten jednak zdaje się rozwiązywać sam. Wolne miejsca czekają bowiem nie tylko na - wciąż licznych - bazarkach ale także w miejscach tak doskonale doskonałych jak choćby Millenniumm (ciekawe czy dałoby się to napisać dłużej?)Plaza.

środa, 15 lipca 2009

Zembaty o Zapasie

Na swoim blogu Maciek Zembaty wspomina Zapasa. Wychodzi od owego - wspomnianego wczoraj - "głupiego określenia", a potem wspomina, wspomina, wspomina.
U Maćka pojawiają się papierosy palone przez Bohatera. Dorzucę anegdotkę: Jest przełom systemów. Zapas (nota bene Maćku sam tak o sobie pisał i mówił) pali już najchętniej Marlboro, które - od czasu do czasu - pojawiają się w kioskach. Jeszcze tylko spod lady ale są. Co pewien czas zatrzymujemy się więc Zapasową jetą pod jakimś kioskiem i czekamy na spektakl. Scenariusz jest zawsze ten sam: głowa Mistrza ginie w okienku ("reszta kadłuba" grzecznie czeka). Po chwili głowa wychyla się, a ginie ręka z długopisem. Znów głowa. Ręka z gotówką. I już uśmiechnięty Zbyszek z kartonem pod pachą wsiada do samochodu. Podjeżdżamy któregoś dnia pod kiosk na Grzybowskiej (tuż koło ówczesnego mieszkania Asi Wizmur). Spektakl zaczyna się jak zawsze. Ale ze zdziwieniem widzę, iż coś idzie nie tak. Scenariusz rwie się. Po chwili wyraźnie zirytowany Zapas wraca do samochodu z pustymi rękami, a w odpowiedzi na pytające spojrzenia wycedza: "Koniec XX wieku, a ona telewizora nie ma!".

wtorek, 14 lipca 2009

Nie ma Zapasa...


Ta wiadomość przyszła tak nagle, że nie sposób w nią uwierzyć. Nie ma Zapasa. Umarł. Tak po prostu? Jak zwykły człowiek? To wydaje się wprost niemożliwe.
Zupełnie przez przypadek wiadomość ta dociera do mnie w momencie, gdy w gronie "starych znajomych" rozmawiamy o zakończonym teatralnym sezonie. Wymieniamy plotki. Anegdoty. Śmiejemy się. Ot, taki wieczór w Skolimowie.
Ten telefon brzmi nieprawdopodobnie. Wiedzieliśmy, że jest chory. Ale to nie była "śmiertelna choroba". Zresztą tyle już razy był chory. Pamiętam jak po pierwszych "sercowych kłopotach" zadzwonił by... się pożegnać. A przecież od odejścia z Dramatycznego byliśmy w dramatycznie luźnych kontaktach.

Zapas... Maciek Zembaty mówi, że nigdy nie używał tego określenia, bo "było głupie". A Zbyszek sam tak o sobie mówi. Mówił... Podpisywał karteczki, które - gdy nie było jeszcze komórek - zostawiał nam z komunikatami. Ważnymi i codziennymi.
Zapas... Mój wspaniały, wyrozumiały Szef. Pamiętam dzień podpisywania angażu i krótką rozmowę z pointą: "Dam ci tylko jedną radę: nie przechodź z podwładnymi na ty." Spojrzałem i zapytałem niewinnie kładąc nacisk na ostatnie słowo: "Dlaczego ZBYSZKU?" (Zaszczytu przejścia na ty dostąpiłem kilkanaście dni wcześniej w czasie kolejnego spotkania przy zrobionej przez Asię pizzy ze śledziem). Odpowiedź była krótka: "Bo łatwiej powiedzieć ty chuju niż panie chuju."

Dziękuję Zbyszku za wszystko!

piątek, 10 lipca 2009

SPEC czyli DLACZEGO ZAGŁOSOWAŁEM PRZECIW?

W czasie czwartkowej sesji Rady Warszawy wróciła sprawa prywatyzacji SPECu – największego w naszej części Europy dostawcy energii cieplnej do odbiorców końcowych czyli do mieszkań, firm i urzędów. Poprzednie „podejście” firmowane przez wiceprezydenta Jarosława Kochaniaka (tego samego, który chciał ze wszystkich stołecznych szpitali i przychodni zrobić jedną spółkę) nie udało się dzięki zdecydowanej postawie lewicy.

Styczniowa debata pokazała, że uchwała jest przygotowana niechlujnie (ot, choćby „drobny” błąd: w uzasadnieniu stwierdzono, iż dochód ze sprzedaży będzie „nie mniejszy niż 500 tysięcy”. W istocie chodziło o 500 milionów ale i ta kwota wydaje się – delikatnie mówiąc – niewygórowana). W dodatku nie wiadomo co właściwie miałoby zostać sprywatyzowane bowiem większość nieruchomości (często w szalenie atrakcyjnych punktach) nie ma uregulowanej kwestii własności, przedsiębiorstwo jest nie wycenione itd., itp.

W styczniowym wystąpieniu punktowałem radosną działalność uchwałodawczą Kochaniaka punkt po punkcie (ma mnie to kosztować 25 tysięcy, bo pan wiceprezydent poczuł się obrażony i po 5 miesiącach… złożył pozew o ochronę dóbr – ale to osobna sprawa).
Na sesji 9 lipca 2009 roku wszystko miało być tak jak radni Sojuszu Lewicy Demokratycznej żądali w styczniu: uchwała miała dawać prawo (a nawet obowiązek) dokonać wycenę przedsiębiorstwa. A po otrzymaniu audytu Rada miała podjąć decyzję co dalej. Zgadzamy się na prywatyzację czy nie.

I tak – prawie – skonstruowano uchwałę. Okazuje się jednak, iż z uchwałą jak z piwem: „prawie czyni wielką różnicę”. Rzeczywiście bowiem zaproponowany (i przyjęty) dokument wyraźnie podkreśla, iż nie jest zgodą na prywatyzację (w jakimkolwiek zakresie), a jedynie zleceniem audytu. Jednak…

Właśnie owo „jednak” powoduje, iż za uchwałą zagłosować nie mogłem. Skoro bowiem dopiero po zleceniu (i wykonaniu) audytu Rada ma decydować o ewentualnej prywatyzacji to dlaczego przyznawać 7 milionów także na… doradcę prywatyzacyjnego.

Początkowo sądziłem, iż to pomyłka. Można było błędnie zapisać w poprzednim uzasadnieniu, „500 tysięcy”, to można i wtrynić tym razem – też omyłkowo – doradcę prywatyzacyjnego. Dopytałem więc uroczą panią dyrektor (facet, który poprzednio przygotowywał uchwałę został skierowany na inny „równie odpowiedzialny odcinek” – konkretnie na dyrektora od autobusów) o co chodzi. Odpowiedź była tyleż interesująca co przerażająca: „Audytora i doradcę prywatyzacyjnego wybierzemy w jednym przetargu, bo tak będzie szybciej i taniej.” Pośpiechu akurat w tej sprawie nie ma, a owo „taniej” też może być dyskusyjne.

Audyt ma kosztować 3 miliony. Wartość zamówienia oszacowano – zgodnie z Prawem Zamówień Publicznych – na podstawie wstępnych ofert „specjalizujących się firm konsultingowych”. I dobrze. Ale jak w takim razie na potrzeby przetargu (a PZP wymaga tego) oszacowana zostanie wartość działań doradcy prywatyzacyjnego skoro wartość przedsiębiorstwa znana będzie dopiero po wykonaniu audytu, a zasadniczą częścią ma być „Od 0.1 do 3% wartości uzyskanej ze sprzedaży akcji”? A już dziś podawana w różnym czasie wartość SPEC waha się od (pomijając owe 500 tysięcy) 500 milionów poprzez ponad 700 milionów (na stronach BIP) do ponad miliarda („ostrożne” opinie specjalistów m.in. w Gazecie Prawnej).

I wreszcie kwestia najważniejsza: po co doradca prywatyzacyjny (któremu trzeba będzie płacić za „gotowość” nie mniej niż kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie) skoro Rada nie podjęła decyzji o prywatyzacji? I nie wiadomo czy kiedykolwiek podejmie.
Zaproponowałem więc, by uchwałę ograniczyć do owych 3 milionów na audyt, a z pozostałymi 7 poczekać na decyzję o – ewentualnej – prywatyzacji. Pan Kochaniak krzyknął zza tzw. „bufetu”, że „absolutnie nie”. Może jestem misiem o bardzo małym rozumku ale nie mogę pojąć dlaczego.

Nigdy wprawdzie nie kupowałem przedsiębiorstwa. Ale cała ta historia przypomina mi sytuację, w której zastanawiając się nad kupieniem samochodu mam za jednym zamachem wybrać i faceta, który oceni czy i za ile samochód warto kupować i faceta, który transakcję tę przeprowadzi. Mimo, iż jeszcze wcale nie zdecydowałem, że autko kupię. Co więcej wynagrodzenie tego drugiego speca ma stanowić procent od wartości autka określonej przez pierwszego. Tyle, że pierwszego jeszcze nawet nie wybrałem. Cała ta paranoja odbywa się zaś pod hasłem „szybciej i taniej”. Może to dobre hasło dla Tanich Linii Kolejowych ale na pewno nie dla działań związanych z przedsiębiorstwem, które każdemu z nas dostarcza ciepłą wodę i ogrzewanie.

Pan Kochaniak w styczniu opowiadał publicznie („Życie Warszawy”), że „Gdybyśmy najpierw zlecili wykonanie analizy przedprywatyzacyjnej, ogłosili wyniki, a potem poprosili radnych o akceptację transakcji, musielibyśmy ujawnić także wycenę. Wtedy negocjacje byłyby fikcją. To musi pozostać tajemnicą. Radni poznają cenę dopiero po podpisaniu umowy z inwestorem.”. Po upływie 6 miesięcy okazało się, że jednak można najpierw wycenić spółkę, a dopiero potem zastanawiać się czy ją sprzedać. Pan Kochaniak nie powiedział nawet przepraszam.

Ów wywiad w „ŻW” miał znaczący tytuł: „Zgoda na sprzedaż SPEC to kwestia zaufania”. Nie mam zaufania do Jarosława Kochaniaka. Zresztą nie po to mnie Mieszkańcy Woli wybrali bym ufał ale bym kontrolował i pilnował ich interesów. Ponieważ przywykłem, iż najpierw wiem czy i za ile coś kupię/sprzedam, a dopiero wówczas gdy podejmę decyzję szukam pomocy w przeprowadzeniu transakcji na blokowanie (bo mam nadzieję, że wydać ich Pani Prezydent i Urząd Zamówień Publicznych nie pozwolą) 7 milionów w dziurawym budżecie Miasta nie mogłem się zgodzić. I dlatego zagłosowałem przeciw.

czwartek, 18 czerwca 2009

Rada Warszawy pod znakiem Pola :-)

Pole Mokotowskie uratowane. Choć chyba nikt do końca nie wie jakim cudem, bo jeszcze chwile przed głosowaniem wyglądało, że nic z tego nie będzie. Oto bowiem radni Prawa i Sprawiedliwości doszli do wniosku, iż projekt planu zagospodarowania jest źle przygotowany. A jak źle przygotowany to nie nadający się do procedowania. I przegłosowali… nie głosowanie na komisji części uwag do planu zgłoszonych. Pojawił się więc problem proceduralny: czy Rada może głosować skoro komisja nie głosowała. Szef Komisji Paweł Czekalski zgłosił w imieniu Komisji wniosek o zdjęcie punktu z porządku obrad. Chwilę później radny Paweł Czekalski nie zgodził się z wnioskiem Przewodniczącego Pawła Czekalskiego. W rezultacie Paweł Czekalski był górą: Rada odrzuciła wniosek Komisji (zgłoszony przez Czekalskiego) i poprała wniosek Czekalskiego (zgłoszony przez Czekalskiego), by nad planem procedować. Plan zreferowany w imieniu Komisji przez przewodniczącego Czekalskiego poparli wszyscy obecni (w tym radny Czekalski). Pole uratowane.
Wciąż natomiast nie wiadomo co dalej z Parkiem Skaryszewskim. Zapowiadana na połowę czerwca analiza ekologiczna zapędów wyrębowych Ratusza wciąż do nas nie dotarła. Czas leci, a prace w parku zimą mogą okazać się trudne.

czwartek, 23 kwietnia 2009

Jest absolutorium

Gronkiewicz-Waltz ma inwestycyjne absolutorium
GW Jan Fusiecki

- Po raz pierwszy od lat słupki się zgadzają i znać, że miasto się rozwija - cieszą się politycy rządzącej Warszawą koalicji PO-Lewica. Na jutro zaplanowali jedno z najważniejszych tegorocznych głosowań - zdecydują, czy udzielić prezydent Warszawy absolutorium budżetowego za ubiegły rok

To jedna z nielicznych sposobności odwołania prezydenta miasta przed końcem jego kadencji. Nieprzyznanie absolutorium budżetowego oznacza bowiem konieczność rozpisania referendum, w którym mieszkańcy mogą opowiedzieć się za zmianą władzy lub jej utrzymaniem.

Hanna Gronkiewicz-Waltz (PO) nie ma jednak powodu do niepokoju. Jutro za przyznaniem jej wotum zaufania zagłosują koalicyjne kluby PO i Lewicy. Mają w miejskiej radzie stabilną większość.

Opozycyjny PiS przypomina, że większość nie zawsze ma rację. - Zapewne urzędnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz przygotują jakieś naciągnięte statystyki i efektowne słupki - przewiduje Maciej Maciejowski, radny PiS. I zapowiada: - Przygotowujemy wystąpienia, które zdemaskują tę propagandę.

Jego zdaniem rzetelna analiza zeszłorocznego budżetu pokazuje nieudolność ekipy Hanny Gronkiewicz-Waltz (PO).

- I nie można już nic zrzucić na barki poprzedników, bo za zeszłoroczne finanse odpowiada Hanna Gronkiewicz-Waltz - mówi Maciejowski. Wywodzi: - Mamy ślimaczące się inwestycje, wciąż nierozpoczętą budowę Trasy Mostu Północnego czy II linii metra. Ratusz stale powtarza, że na wszystko brakuje pieniędzy, choć w ub.r. rządząca koalicja dała lekką ręką prawie pół miliarda złotych na budowę stadionu Legii, z czego korzyści będzie czerpać głównie komercyjny klub piłkarski.

- Inwestycje inaczej widać z perspektyw urzędników, a inaczej mieszkańców - mówi Andrzej Golimont, radny SLD. - Dla mieszkańców remont Trasy W-Z oznacza stanie w korkach. Dla urzędników to sukces, realizacja planów snutych od wielu lat. Podobnie jest z Trasą Mostu Północnego - udało się dopiąć przetarg, ale efekt będzie widoczny za parę lat.

Politycy Platformy przypominają: bardzo trudno zrealizować dużą inwestycję taką jak most Północny w czasie jednej kadencji. - Dlatego Hanna Gronkiewicz-Waltz w przeciwieństwie do swoich poprzedników oblicza swój program na dwie kadencje - mówią.

Andrzej Golimont dodaje: - Za warszawskiej prezydentury Lecha Kaczyńskiego radnym dawano przed głosowaniem absolutoryjnym piękne słupki, ale miasto pogrążało się w marazmie inwestycyjnym. Po wyborach w 2006 r. zastaliśmy puste biurka. Teraz i statystyki są dobre, i widać, że inwestycje wreszcie ruszyły.

Z przygotowanego przez skarbnika Warszawy sprawozdania wynika, że wydatki na inwestycje sięgnęły w ub.r. rekordowej kwoty 2,1 mld zł. To o blisko 300 mln więcej niż w 2007 r. i dwa razy więcej niż w ostatnim (2005) roku warszawskich rządów Lecha Kaczyńskiego.

Warszawa ma najniższy od lat stopień zadłużenia - w relacji do dochodów: 22 proc. Podczas gdy w 2005 r. ten wskaźnik sięgał 37,8 proc. - Służby finansowe miasta są naprawdę na wysokim poziomie. Wystarały się o korzystny rating [ocenę wiarygodności finansowej], szykują emisję euroobligacji. Biuro miejskiego skarbnika ceni nawet opozycyjny PiS - mówi Jarosław Szostakowski, radny PO.

wtorek, 21 kwietnia 2009

piątek, 10 kwietnia 2009

piątek, 3 kwietnia 2009

Jajo Burmistrza


Na dawnej Marchlewskiego, przy dawnym Pawiaku, tuż koło dawnego AWSu wyrosło coś. Coś jest białe, obłe i kształtem przypominające... jajo. Co to? Podobno nawet Pani Prezydent jadąc Aleją Jana Pawła II zainteresowała się dziwnym przedmiotem leżącym na trawniku. Indagowane otoczenie poinformowało Szefową, iż jest to wytrysk promocyjnej inwencji burmistrza – kamienne jajo za ponad sto tysięcy upamiętnia Jana Pawła. Dlaczego na Pawiaku? Dlaczego jajo? Dlaczego bez ładu i składu? Tego Pani Prezydent nie potrafiono wytłumaczyć. Awantura – podobno – była nieziemska. I wcale się nie dziwię.

wtorek, 31 marca 2009

poniedziałek, 30 marca 2009

Misiaczek z Solca?

Bogu ducha winny senator Misiak oberwał za dużą kasę. Jeśli fakty, w których posiadanie wszedłem okażą się nie być tylko zbiegiem okoliczności będziemy mogli spokojnie mówić o stołecznym misiaczku. Bo zasada podobna, tylko kasa mniejsza.

O co chodzi? Oddajmy głos Ewie Zwierzchowskiej z "Życia Warszawy" (tekst wg wydania internetowego z dziś).

Czy wicedyrektor szpitala przy ul. Solec jest jednocześnie współwłaścicielem placówki, która wygrała przetarg na świadczenia ambulatoryjne? Dziś sprawdzą to kontrolerzy.

W konkursie ofert zwyciężyła Klinika św. Katarzyny z siedzibą w Krakowie. Jej właścicielem jest Andrzej Gryglewski. Tak samo nazywa się obecny zastępca dyrektora ds. lecznictwa w szpitalu na Solcu.

Wybrał sam siebie?

– Może jest dwóch Andrzejów Gryglewskich? Może to czysty przypadek, że obydwaj są lekarzami? – zastanawiał się Andrzej Golimont, radny z SLD, który ujawnił całą sprawę wczoraj na obradach miejskiej Komisji Zdrowia. Radny podejrzewa jednak, że to ta sama osoba.

Co więcej, może okazać się, że dyrektor zasiadał w komisji przetargowej i wybrał własną firmę.

Jeśli te przypuszczenia się potwierdzą, Gryglewski może stracić stanowisko, a konkurs będzie unieważniony.

Sprawą zbulwersowani są też wszyscy radni z Komisji Zdrowia. Zbigniew Cierpisz (PiS) uważa, że sprawę od razu powinno skierować się do prokuratury. Andrzej Golimont uspokaja: Poczekajmy. – Gdy potwierdzą się nieprawidłowości, kontrolerzy poinformują odpowiednie organy – twierdzi.

Dyrekcja milczy

Wątpliwości jest jednak więcej. Szpital na Solcu podpisał umowę z krakowską placówką na ponad trzy lata, do 2012 r.

– Inne miejskie szpitale mają zwyczajowo roczne kontrakty – podkreśla Andrzej Golimont.

Pikanterii sprawie dodaje też fakt, że Klinika św. Katarzyny ma ograniczony obszar działalności. Z informacji radnych wynika, że może ją prowadzić wyłącznie na terenie województwa małopolskiego.

– O ile wiem, nie rozszerzyła terenu działalności – twierdzi Golimont.Sprawę bada właśnie stołeczne Biuro Polityki Zdrowotnej, które zleciło przeprowadzenie dzisiaj kontroli w lecznicy na Solcu. Dwóch urzędników ma sprawdzić czy nie doszło do popełnienia przestępstwa.

– Podjęliśmy działania mające na celu szybkie wyjaśnienie tej sprawy – mówi Marcin Zakrzewski, p.o. zastępcy szefa BPZ.

Wczoraj nie udało się nam skontaktować z wicedyrektorem Gryglewskim. Komórki nie odbierała także dyrektor szpitala na Solcu Ewa Mikłaszewska.

poniedziałek, 16 marca 2009

Lobbing w Ratuszu?!

Różne rzeczy już w stołecznym samorządzie już przeżyłem ale czegoś takiego jeszcze nie. Jeśli cała historia jest prawdziwa okazuje się, iż wiceprezydent by rozmawiać z radnym wykorzystuje... firmę lobbingową. Przy okazji widać jak kto woli - albo jak niehermetyczny jest Ratusz, albo jak doskonale pracują stołeczni dziennikarze. Po przedziwnym spotkaniu złożyłem notatkę w odpowiedniej ratuszowej jednostce. W jednym egzemplarzu. Kilkadziesiąt minut później zadzwoniła pierwsza dziennikarka!

O co w spotkaniu chodziło? Trudno powiedzieć. Jako osoba z gruntu leniwa nie będę opisywał tego jeszcze raz - po prostu zacytuję (skoro i tak stała się publiczna) wspomnianą notatkę. Usuwając z niej wyłącznie nazwisko rozmówcy.

W sprawie spotkania z przedstawicielem Instytutu Lobbingu BCC

W dniu 11 marca 2009 roku na numer mojego prywatnego telefonu komórkowego zadzwoniła sekretarka Business Centre Club prosząc o możliwość połączenia z „panem prezesem P……”. Sądząc, iż chodzi o pana Tadeusza P…… (b. dyr. m.in. Fundacji Jolanty Kwaśniewskiej) wyraziłem zgodę na rozmowę.
Po połączeniu okazało się, iż moim rozmówcą jest – nieznany mi – pan Bogusław P….., który poinformował, iż „jako przedstawiciel BCC chciałby szybko spotkać się i porozmawiać o stołecznej służbie zdrowia”. Wyraziłem zgodę proponując spotkanie nazajutrz tj. 12 marca 2009 roku o godz. 13.00 w siedzibie SLD przy ul. Rozbrat zaznaczając, iż godzinę wcześniej mam tam umówione inne spotkanie.
12 marca 2009 roku spotkałem się na Rozbrat w wiceprzewodniczącą SLD Katarzyną M. Piekarską oraz członkiem Zarządu Krajowego SLD Pawłem Obermajerem. Poinformowałem ich o telefonie pana P….. i poprosiłem o udział w rozmowie.
Kilka minut przed 13.00 do gabinetu K.M. Piekarskiej przybył pan P…... Wyraźnie niezadowolony z faktu obecności w pokoju innych osób poinformował, iż poprosił o spotkanie „bo BCC jest żywotnie zainteresowany zmianami proponowanymi przez pana Kochaniaka”, a sam wiceprezydent „prosił o pomoc bo lewica nie chce negocjować”. W toku spotkania pan P….. kilkakrotnie powoływał się na pana Jarosława Kochaniaka. Wspomniał także, iż na prośbę wiceprezydenta przygotował materiał dla dr Ewy Kopacz. (O przesłanie tego materiału poprosiłem).
Z wręczonej wizytówki wynika, iż pan Bogusław P….. jest wiceprezesem – dyrektorem instytutu lobbingu BCC (kopia w załączeniu).
Przedstawiłem panu P….. fakty (m.in. brak jakichkolwiek projektów uchwał w sprawie tzw. „Programu Kochaniaka”, absolutny brak woli merytorycznej dyskusji, zagrożenia płynące z komercjalizacji wszystkich SP ZOZ etc. ). Pani Przewodnicząca Katarzyna M. Piekarska przedstawiła dokumenty programowe Sojuszu Lewicy Demokratycznej wyraźnie uniemożliwiające poparcie jakichkolwiek działań mogących skutkować prywatyzacją lub inną formą utraty kontroli nad majątkiem publicznych ZOZów.
Na zakończenie trwającej około 20-30 minut rozmowy stwierdziłem, iż radni SLD wielokrotnie stwierdzali, iż gotowi są do merytorycznej rozmowy na temat poprawy stanu tych SP ZOZ, których kondycja finansowa tego wymaga. Pan P….. stwierdził, iż „taki komunikat przekażę panu Kochaniakowi”.
Nazajutrz – 13 marca 2009 roku na służbowy adres e-mail otrzymałem maila: „Jeszcze raz dziękuję panu za wczorajsze spotkanie. Pan Prezydent został poinformowany o możliwości spotkania z Państwem. W załączeniu przesyłam obiecane materiały. W przypadku pytań czy konsultacji nasi eksperci są do Państwa dyspozycji. Serdecznie pozdrawiam, Bogusław P…”

czwartek, 12 marca 2009

Nie ma planu Kochaniaka!?!

Jak można się było spodziewać zakończyło się na medialnych zapowiedziach. Dziś o 16.00 minął termin do którego Kochaniak (faktycznie), a Pani Prezydent (formalnie) mogła wnieść projekty zmian w służbie zdrowia tak by stanęły na Radzie Warszawy 19 marca. Projekty nie wpłynęły. Bo i wpłynąć nie mogły w sytuacji gdy wciąż - na szczęście - brak głosów do ich przyjęcia. Zwłaszcza, iż głosów tych nie tylko nie przybywa ale - po nieoficjalnie ogłoszonej dziś - decyzji o odejściu z PO Kasi Munio wręcz ubywa.

Co pewien czas na różnych spotkaniach wraca pytanie o plan Kochaniaka i jego skutki.
Stołeczna służba zdrowia jest zadłużona – to „oczywista oczywistość” – więc należy ją zreformować. Tyle, że proponowane (na szczęście wciąż bezskutecznie) przez ratuszowego urzędasa rozwiązania przypominają sytuację, w której naprawę uszkodzonej bryczki zaczyna się nie od wymiany zdeformowanego koła ale od malowania dachu. Może i potrzebnego ale dopiero po uzyskaniu po pojazd „jezdności”.

Ratuszowy plan miał najpierw zakładać, iż jedynym wyjściem z sytuacji stołecznej służby zdrowia jest stworzenie ze wszystkiego co się rusza w białym fartuchu (poza sprzedawcami i rzeźnikami) jednej spółki. Rozumowanie orła magistratu było proste jak schemat stołecznego metra: skoro część szpitali ma długi, a inne wynik dodatni to jak się to połączy w jedno to wynik się wyzeruje. To mniej więcej tak jakby zakładać, iż po połączeniu lubianego i dobrze prowadzonego teatru z kółkiem parafialnym oba osiągną jednakowy poziom. Nawet dziecko wie, że to bzdura. Niestety, dzieci nie bywają wiceprezydentami.

Plan „jedna spółka” żył swoim życiem przez pół roku. I miast osiągnąć formę uchwały zmieniony został w pomysł: 7 spółek. Każda z nich miała łączyć kilka jednostek. Oczywiście w imię ich ratowania. Pewnie dlatego na pierwszy ogień pójść miały szpitale położnicze (wszystkie mają wynik dodatki i brak zadłużenia) oraz takie „kule u nogi” jak na przykład Szpital Bielański (od lat w krajowej czołówce). O zadłużonych najbardziej (Solec i Praski) jakby ciszej.

Od przedstawienia tego wariantu minęło kolejne kilka miesięcy i co? Nic. Sytuacja z gatunku poszukiwań yeti. Podobno są tacy, którzy go widzieli, ale złapać się nie dał. A więc ani potwierdzić, ani wykluczyć istnienia. W Ratuszu też: projekt podobno jest ale radni go nie widzieli więc ani przyjąć (tyle, że głosów do tego – na szczęście wciąż brakuje) i uciąć dyskusję, ani odrzucić (czyli zamknąć dyskusję i wydawanie kasy na kolejne ekspertyzy, szkolenia, wydawnictwa itp.).

Co by się stało gdyby stołeczne lecznice skomercjalizowano? Wie każdy, kto ma pojęcie o warunkach tzw „kontraktowania świadczeń” przez Narodowy Fundusz Zdrowia. I każdy kto rzetelnie zbadał jak funkcjonują owe „rewelacyjnie działające” spółki powstałe na bazie samorządowych szpitalach w innych miastach. Dzielą się na dwie grupy: dobrze wypadających pod względem finansowym i leczących wszystkich pacjentów. Tak się bowiem mało śmiesznie składa, iż w tych najgłośniej okrzyczanych „cudem gospodarczym” po cichu zlikwidowano lub ograniczono liczbę łóżek najgorzej przez NFZ płatnych organizując na ich miejsce te płatne doskonale. I tak w Zamościu szpital publiczny (deficytowy) przyjmuje staruszków na oddział wewnętrzny, a skomercjalizowany (kiedyś samorządowy) na miejscu staruszków prowadzi doskonale płatne łóżka np. hematologiczne.

Ten przykład wyjaśnia dlaczego najpierw Ratusz chce komercjalizować położnictwa czy Bielański, a więc szpitale dające kasę. Podobnie rzecz ma się z przychodniami. Dlaczego prywatne funkcjonują dobrze? Bo de facto mają dwa źródła finansowania: Narodowy Fundusz Zdrowia i kasę pacjenta. Są takie, które oba te źródła wykorzystują łącznie. Publiczne leczą tylko za pieniądze podatnika. W prywatnym zasada jest prosta: pacjent płaci jeśli kontrakt się skończył. I nie narzeka, bo go stać. A jak nie stać to idzie w kolejkę do publicznego. Ustawia się grzecznie o 2 nad ranem i czeka z nadzieją, że „załapie się” na numerek. O ile przeżyje.

Co można na to poradzić? Proponowana przez ratuszowego urzędnika metoda komercjalizacji jest jedną z możliwości. W dłuższym horyzoncie może okazać się skuteczna: emeryci i bezrobotni których na płacenie nie stać , a numerka „nie wystoją” zasilą swoim zasiłkiem zakład pogrzebowy i za jednym zamachem podwójnie zasłużą się społeczeństwu: przestaną blokować rynkowe przekształcenia, a przez zwiększenie popytu na usługi funeralne wpłyną na wzrost produktu krajowego brutto. Jest jednak również inna metoda – trudniejsza – zacząć od reformy systemu opłacania publicznych świadczeń. Ale to wymaga więcej zachodu i politycznego zdesperowania niż żonglowanie publicznym majątkiem stołecznej służby zdrowia. Niestety…




środa, 4 marca 2009

Co łączy Albanię z Ursynowem? Szpital Południowy!


Pamiętacie film „Fakty i akty” nakręcony jeszcze przed aferą z Clintonem i praktykantką? Fabułka jest prosta: prezydent ma kłopoty więc wynajmuje się speca od marketingu, by je „przykrył”. Ten wpada na pomysł i realizuje wirtualną… wojnę z Albanią. „A co nam zrobiła Albania? Błędne pytanie. Co dla nas zrobiła? Nic! Co wiesz o Albańczykach? Nic? No widzisz, są podejrzanie skryci”. Facet od marketingu jest mistrzem. Prezydent wygrywa wybory!
Najwyraźniej ktoś w Ratuszu oglądał ten film i postanowił zastosować sprawdzoną metodę. Ponieważ jednak nie chodziło o prezydenta USA ale burmistrza Ursynowa i nie o sex z harcerką ale zmarnowane prawie 100 milionów nie wzięto fachowca i nie rozpętano wojny ale zadowolono się obrotnym wiceprezydentem Kochaniakiem. Jakie kadry taki efekt chciałoby się powtórzyć za Bronisławem Komorowskim. .
Niegasnące słońce reformy służby zdrowia postanowiło, iż nic tak wniosków o dymisję burmistrza nie osłabi jak pokazanie, że oto na Ursynowie powstaje obiecywany Szpital Południowy. Fakt, że nie powstaje nie ma w tym miejscu żadnego znaczenia. Wzięto architektoniczną firemkę z przedmieść Warszawy (doświadczenie w budowaniu szpitali zerowe) i kazano wymalować jak szpital będzie wyglądał. Na działce koło Centrum Onkologii. Działki też wprawdzie nie ma ale któż by się szczegółami przejmował gdy trzeba ratować kolegę.
Geniusz Mazowsza i okolic nie zauważył, iż jeszcze niedawno twierdził, iż szpitala nie da się postawić na blisko 3 hektarach i za 230 milionów i zaczął prezentować koncepcję za terenie nieco ponad półtora hektara i za 220 milionów. Równie dobrze mógłby zaprezentować koncepcję budowy stacji orbitalnej na placu Bankowym lub Aquaparku na Saharze. Mniejsza o szczegóły. Miało być kolorowo i sensacyjnie.
Jako pierwsze „rewelacje” przyniosło dzisiejsze „Życie Warszawy”. Co ciekawe piórem Izy Kraj, a nie którejś z Dziewczyn zajmujących się służbą zdrowia. Ale to szczegół dodatkowo pokazujący, iż rzecz cała traktowana jest „politycznie”, a nie merytorycznie. Najwyraźniej założono, iż news z Ursynowa „przykryje” aferę z odszkodowaniem.
Nie żebym chciał być złym prorokiem ale gdybym miał obstawiać – nie przykryje. Bajka o „Południowym” jest bowiem tak niedopracowana, iż szansa, że ktoś się na nią złapie jest praktycznie żadna. A szkoda, bo szpital by się przydał…

poniedziałek, 16 lutego 2009

Stołeczni urzędnicy w Hiszpanii szukali leku na korki

Reporterzy TVN Warszawa (konkretnie młody Chajzer) wprawili mnie w osłupienie pragnąc umówić się w sprawie... wyjazdu do Hiszpanii urzędników od dróg. Zatkało mnie! Materiał na antenie TVN wyglądał tak:

Delegacja stołecznych urzędników, z miejskim inżynierem ruchu na czele, dokształcała się pięć dni w Hiszpanii. Jak rozwiązać warszawskie korki - na te pytania szukali odpowiedzi w Madrycie.
- To co oglądaliśmy, to system informacji pasażerskiej na przystankach - tłumaczy reporterowi TVN Warszawa Janusz Galas, miejski inżynier ruchu.
Ale przez pięć dni w Madrycie warszawscy urzędnicy nie tylko oglądali rozwiązania komunikacji hiszpańskiej. Jak przyznaje Janusz Galas był też czas na zgłębianie kuchni i kultury Hiszpanii. - Ryż bardziej mi się kojarzy z Azją. Nie wiedziałem, że hiszpanie również przepadają za ryżem - wspomina swoje doświadczenia kulinarne. I dodaje, że sam mimo wszystko za ryżem nie nie przepada.
Droga wycieczka
Do Madrytu Janusz Galas pojechał w towarzystwie trzech swoich urzędników. - Pytanie, do czego były potrzebne tam cztery osoby? Rozumiem, że jedna była od noszenia walizek, druga od notowania, ale od czego była ta trzecia? - radny SLD, Andrzej Golimont nie może nadziwić się celowi tej wycieczki.
Nie rozumieją jej też warszawscy taksówkarze. - Myślę, ze Hiszpanię można tutaj sobie zrobić za dużo mniejsze pieniądze - przyznaje jeden z nich.
A co na to inżynier?
Janusz Galas zapytany, co by odparł na zarzuty, że urzędnicza wycieczka za 2 tysiące euro była niepotrzebna, odpowiada: "No, że podróże kształcą."
Leszek Dawidowicz ag/par
tvnwarszawa

sobota, 7 lutego 2009

Powrót do przeszłości?!

Znalazłem PRL!!! W czystej postaci!!! Choć nieco unowocześniony!
Wydawca postanowił urwać mi łeb i domaga się tekstu więc wziąłem się za robotę. Żeby pisać trzeba czytać. A jedno czytanie jest tylko w Bibliotece Narodowej i ma troszkę ponad 100 lat. Po latach niekorzystania poszedłem.
Karta nieważna, trzeba wyrobić nową. Nie ma problemu. Miła pani na poczekaniu wypisuje karteluszek. Ręcznie choć obok ma komputer. Nie sprawdza czy karty mi czasem nie odebrano za jakieś przewinienie. Nic. Pytam o możliwość skopiowania książki zamiast psuć powietrze w czytelni. "Zgodnie z prawem autorskim kopiujemy do 20 stron jednorazowo" (chętnie poznam przepis, który by skopiować legalnie całą 200 stronicową książkę nakazuje przyjść 10 razy). "W tym wypadku nie ma praw autorskich, bo wygasły. Książka ma ponad 100 lat" - oponuję wyrywkowo. "A, to może pan w Informatorium spróbować zamówić skany jeśli dyrektor pozwoli".
Informatorium. Miły pan. "U nas będzie pan czekał kilka dni, a w czytelni zrobią panu od ręki." Dziękuję i już chcę wychodzić ale Miły Pan mnie zatrzymuje "Proszę zaczekać, sprawdzę czy tę pozycję uda się zeskanować, czy będzie zzgoda.". Dzwoni. "Nie ma problemu, ma pan zgodę, proszę iść do czytelni". Dziękuję, idę.
Czytelnia. Pani Pierwsza: "Musi pan zamówić książkę. Będzie za 40 minut". Gdy pytam czy mogę zapłacić i przyjść od razu po gotowe skany patrzy na mnie jakby właśnie zobaczyła Lecha K. lub kobietę z brodą: "Proszę Pana, to jest Biblioteka Narodowa!". Nie rozumiem, tępy jestem. Włącza się Pani Druga: "A, pan po tych nuncjuszy z informatorium? To proszę pana działa tak: książkę ściągniemy z magazynu. Jak za 40 minut będzie to ją pan odbierze i podejdzie tam w róg do punktu xero. Poczeka pan, oni zeskanują i odda pan książkę." Bez mojego udziału choćbym chciał zapłacić z góry nie można. Zamawiam książkę i przychodzę po 40 minutach. Pani Trzecia: "Książki jeszcze nie ma. Dawno pan zamawiał? 40 minut? Pan przyjdzie za 10.". Przychodzę. Książka jest. Biorę zdobycz i idę do punktu xero w rogu.
Pani i Pan xerują, ludzie - zwłaszcza studenci - stoją karnie w kolejce. Jedna strona A4 na xero 45 groszy czyli dwa razy drożej niż gdziekolwiek. Monopol ma swoje prawa! Pani od Xero: "Zeskanować? Proszę przyjść w poniedziałek, dziś nie skanujemy". Próbuję oponować "Ale mnie powiedziano, że będę miał zeskanowane." Pani jest bezlitosna: "To Narodowa mówiła, a my jesteśmy inna firma. Nie mieli prawa tak mówić. Dziś nie skanujemy!". O xero nie ma co mówić, bo "zgoda jest na skan". Kto może to zmienić? "Pan idzie do kierownika od czytelni". Pan Kierownik miły: o xero nie ma mowy ale oni zgodnie z umową MUSZĄ zeskanować. Wracam. "Zostałem pouczony, iż zgodnie z umową państwo musicie zeskanować." Pani od Xero wyraźnie zdenerwowana chwilę naradza się z Panem od Xero. Atakuję: "Nie znam tej waszej umowy ale w poniedziałek chętnie się z nią zapoznam". Pan od Xero: "No dobra, pan da te książkę i przyjdzie za godzinę."
Przychodzę. Skanów nie ma, a Pan od Xero mozolnie z telefonem przy uchu usiłuje coś zrobić na komputerze. Po chwili orientuję się, że chodzi o moją książkę, a pan po prostu nie umie... nagrać płytki ze skanami. Czekam kolejny kwadrans. W końcu sukces! Dostaję płytkę, płacę po 2 zł od strony i... jestem szczęśliwy.
A teraz na koniec tego przydługiego wywodu pytam Joasię Szczepkowską: "Asia, co się skończyło w Polsce w 1989 roku?"

piątek, 6 lutego 2009

Okrągłostołowy prezent


Pan Prezydent postanowił uczcić 20 rocznicę obrad Okrągłego Stołu w sposób dość specyficzny: zabierając emerytury twórcom narodowego porozumienia. Oryginalny to pomysł. Gdybym na własne oczy nie widział Lecha K. pijącego z gen. Kiszczakiem to prawdopodobnie sądziłbym nawet, że po prostu Czesława nie lubi. Ale widziałem i nic na to nie poradzę... A może Pan Prezydent nie może wciąż przeboleć, iż są tacy, którzy pamiętają jego faktyczną rolę w Magdalence (obecny raz) i - potem - przy Okrągłym Stole? Pamiętają, iż daleko mu wówczas było do postawy zdecydowanego wroga "jakichkolwiek układów z komunistami"?

piątek, 16 stycznia 2009

Polowanie na następcę

Im rzadziej wykonuję dziennikarskie rzemiosło tym bardziej dziwią mnie niektóre oczekiwania Kolegów. Choć pewnie byłem taki sam.
Od kilku dni mam festiwal telefonów z pytaniami typu "a co może pan powiedzieć o panu Rudomino - aktualnym partnerze byłej żony"? W formie tego pytania wyraźnie przebrzmiewa niedość ukryta fraza: "no masz, dowal mu". Gdy grzecznie tłumaczę, iż "o prezesie Rudomino mogę mówić wyłącznie w superlatywach" najpierw jest niedowierzanie, a potem zawód. Naturalnie żaden z moich rozmówców słów tych nie zacytuje.

Na tym tle (miłą?) niespodziankę sprawiła mi dziś Eliza Olczyk. Zadane przez Nią kilka dni temu pytania nie odstawały od "standardu". Tekst "Podróżnik na tropie normalności w TVP" wyróżnia się uczciwym zacytowaniem także pozytywnych opinii. Nie ukrywam, iż z pewną przyjemnością przeczytałem:
"– O Tomku mogę mówić wyłącznie dobrze – zarzeka się Andrzej Golimont, radny SLD, pierwszy mąż Anny Kwiatkowskiej, obecnej towarzyszki Rudomino. – Świetnie gotuje afrykańskie „paciaje”, jest ciepły, opiekuńczy i ma uroczego psa rasy rhodesian ridgeback [afrykańska rasa do polowania na lwy – red.]. Witold Graboś, były SLD-owski członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, który jest sąsiadem Rudomino, również wypowiada się o nim w superlatywach, podkreślając, że nigdy nie dorobił się on majątku na pracy w telewizji, bo po prostu mu na tym nie zależało."

A na marginesie - na zdjęciu w "Przekroju" Tomek ma fantastyczne okulary. Muszę zapytać Ankę gdzie mu je znalazła :-)

Sprawa SPEC oczami IZY KRAJ

Podobno z prawdą jest jak z pewną częścią ciała - każdy ma swoją. Oto jak przebieg wczorajszej sesji i awantury z nieudaną prywatyzacją SPEC widzi Iza Kraj ("Życie Warszawy")

A ciepło i tak droższe?
Nie ma zgody Rady Warszawy na prywatyzację SPEC. Na razie. Sprzedaż tej wielkiej miejskiej spółki zablokowali radni PiS i Lewicy. Ale niezależnie od tego, czy firmę przejmie prywatny inwestor, czy nie, ceny za ciepło będą rosły.
Czy mieszkańcy stolicy powinni już łapać się za portfele i obawiać się podwyżek cen ciepła? Ratusz – mimo porażki na sesji Rady Warszawy – nie wycofuje się z planów prywatyzacji, której boją się i radni, i sami pracownicy SPEC. Koronny argument: groźba wzrostu opłat za ogrzewanie.
– To nieuzasadnione emocje. Taryfy za ciepło i tak prawdopodobnie będą nieznacznie rosły w kolejnych latach, niezależnie od tego, czy prywatyzacja SPEC dojdzie do skutku. Taka jest tendencja w wielu innych miastach. I ceny nie mają związku z właścicielem firmy – mówi wiceprezydent Warszawy Jarosław Kochaniak.
Wszędzie drożej
Izba Gospodarcza Ciepłownictwo Polskie posiada dane m.in. z Wrocławia, Krakowa czy Łodzi, które już sprywatyzowały ciepło. – Nie było przypadków, by prywatni właściciele gwałtownie decydowali się na podwyżki. Taryfy rosną systematycznie, niezależnie od tego, czy to prywatne, czy państwowe przedsiębiorstwo – mówi prezes Izby Jacek Szymczak.
Poza Warszawą średnia taryfa za ciepło wzrosła przez pięć lat (2003 – 2007) średnio od 7 do 19 proc. A w stolicy w tym czasie... o 0,95 proc. – Ale to nie zasługa świetnego prowadzenia SPEC, a efekt tego, że przez kilka lat Urząd Regulacji Energetyki odrzucał wnioski warszawskiej firmy o podwyżki, ponieważ były słabo uzasadnione. Stolica wkrótce dorówna zatem tendencji w innych miastach – mówi wiceprezydent Kochaniak. SPEC zamierza zainwestować do 2012 roku ponad miliard złotych w wymianę rur i unowocześnienie infrastruktury. To pomoże uzasadnić podwyżki.
– Czy prywatny właściciel by tak inwestował? Gdyby był to np. Vattenfall (dziś właściciel STOEN), mógłby manipulować kosztami między spółką dostarczającą prąd a ciepłem i w ten sposób wymuszać od mieszkańców jeszcze wyższe opłaty – tłumaczy szef związku w SPEC Witold Sopel.
Porażka Platformy
Blisko 100 związkowców obserwowało wczoraj dyskusję w Radzie Warszawy nad prywatyzacją ich firmy.
– Złodzieje! Złodzieje! – krzyczeli w stronę radnych PO (zwolenników prywatyzacji). Kilka godzin później skandowali: „Dziękujemy!” do przeciwnych sprzedaży SPEC rajców z PiS i SLD. Bo ci wygrali wczorajszy bój. 26 radnych było za prywatyzacją, 28 przeciwko niej.
Platformie zabrakło głosów do przeforsowania projektu, bo dwie radne wyjechały poza Warszawę, a jedna – ściągnięta na sesję mimo 40-stopniowej gorączki – po przyjeździe zasłabła i w decydującym głosowaniu też nie wzięła udziału.
Ale to nie koniec. Już chwilę po porażce wiceprezydent Warszawy Jarosław Kochaniak i szef PO w Radzie Warszawy Marcin Kierwiński zapowiedzieli, że do sprawy sprzedaży SPEC jeszcze wrócą. Urzędnicy planują już kolejne spotkania, by namawiać radnych do zgody na sprzedaż SPEC.
– Dziwi ta desperacja kolegów z PO. My zdania nie zmienimy – deklaruje twardo szef SLD Tomasz Sybilski.
A władze przytaczają argument finansowy – pieniądze ze sprzedaży spółki miały iść na inwestycje. – Niech więc teraz Lewica i PiS powiedzą, z jakiej budowy zrezygnować, jeśli nie będzie co najmniej pół miliarda zł.
Wiceprezydent obrażony
Hanna Gronkiewicz-Waltz o wyniku głosowania w sprawie SPEC dowiedziała się przez telefon. Na sesji się nie pojawiła, choć miała to być jedna z najważniejszych decyzji w tej kadencji. W jej imieniu występował wiceprezydent Kochaniak. Radni Lewicy i PiS krytykowali m.in. system prywatyzacji, który zakłada, że muszą zdecydować „w ciemno”. A cenę, za jaką ratusz sprzeda SPEC, poznaliby dopiero po podpisaniu umowy z inwestorem. – Mamy dać kredyt zaufania. A ja prezydentowi nie ufam za grosz – grzmiał Bartosz Dominiak (SdPl).
– Jedyne, co się do tej pory sprawdziło ze słów wiceprezydenta, to cena za sprzedaż Legii. Przewidział ją dużo przed rozstrzygnięciem przetargu na stadion – wytykał Andrzej Golimont (SLD). Groził prezydentowi CBA. – Nie zostawię tego tak. To zniesławienie. Rozważę podanie radnego do sądu – zapowiedział wiceprezydent.
Życie Warszawy
Iza Kraj