Wydawca postanowił urwać mi łeb i domaga się tekstu więc wziąłem się za robotę. Żeby pisać trzeba czytać. A jedno czytanie jest tylko w Bibliotece Narodowej i ma troszkę ponad 100 lat. Po latach niekorzystania poszedłem.
Karta nieważna, trzeba wyrobić nową. Nie ma problemu. Miła pani na poczekaniu wypisuje karteluszek. Ręcznie choć obok ma komputer. Nie sprawdza czy karty mi czasem nie odebrano za jakieś przewinienie. Nic. Pytam o możliwość skopiowania książki zamiast psuć powietrze w czytelni. "Zgodnie z prawem autorskim kopiujemy do 20 stron jednorazowo" (chętnie poznam przepis, który by skopiować legalnie całą 200 stronicową książkę nakazuje przyjść 10 razy). "W tym wypadku nie ma praw autorskich, bo wygasły. Książka ma ponad 100 lat" - oponuję wyrywkowo. "A, to może pan w Informatorium spróbować zamówić skany jeśli dyrektor pozwoli".
Informatorium. Miły pan. "U nas będzie pan czekał kilka dni, a w czytelni zrobią panu od ręki." Dziękuję i już chcę wychodzić ale Miły Pan mnie zatrzymuje "Proszę zaczekać, sprawdzę czy tę pozycję uda się zeskanować, czy będzie zzgoda.". Dzwoni. "Nie ma problemu, ma pan zgodę, proszę iść do czytelni". Dziękuję, idę.
Czytelnia. Pani Pierwsza: "Musi pan zamówić książkę. Będzie za 40 minut". Gdy pytam czy mogę zapłacić i przyjść od razu po gotowe skany patrzy na mnie jakby właśnie zobaczyła Lecha K. lub kobietę z brodą: "Proszę Pana, to jest Biblioteka Narodowa!". Nie rozumiem, tępy jestem. Włącza się Pani Druga: "A, pan po tych nuncjuszy z informatorium? To proszę pana działa tak: książkę ściągniemy z magazynu. Jak za 40 minut będzie to ją pan odbierze i podejdzie tam w róg do punktu xero. Poczeka pan, oni zeskanują i odda pan książkę." Bez mojego udziału choćbym chciał zapłacić z góry nie można. Zamawiam książkę i przychodzę po 40 minutach. Pani Trzecia: "Książki jeszcze nie ma. Dawno pan zamawiał? 40 minut? Pan przyjdzie za 10.". Przychodzę. Książka jest. Biorę zdobycz i idę do punktu xero w rogu.
Pani i Pan xerują, ludzie - zwłaszcza studenci - stoją karnie w kolejce. Jedna strona A4 na xero 45 groszy czyli dwa razy drożej niż gdziekolwiek. Monopol ma swoje prawa! Pani od Xero: "Zeskanować? Proszę przyjść w poniedziałek, dziś nie skanujemy". Próbuję oponować "Ale mnie powiedziano, że będę miał zeskanowane." Pani jest bezlitosna: "To Narodowa mówiła, a my jesteśmy inna firma. Nie mieli prawa tak mówić. Dziś nie skanujemy!". O xero nie ma co mówić, bo "zgoda jest na skan". Kto może to zmienić? "Pan idzie do kierownika od czytelni". Pan Kierownik miły: o xero nie ma mowy ale oni zgodnie z umową MUSZĄ zeskanować. Wracam. "Zostałem pouczony, iż zgodnie z umową państwo musicie zeskanować." Pani od Xero wyraźnie zdenerwowana chwilę naradza się z Panem od Xero. Atakuję: "Nie znam tej waszej umowy ale w poniedziałek chętnie się z nią zapoznam". Pan od Xero: "No dobra, pan da te książkę i przyjdzie za godzinę."
Przychodzę. Skanów nie ma, a Pan od Xero mozolnie z telefonem przy uchu usiłuje coś zrobić na komputerze. Po chwili orientuję się, że chodzi o moją książkę, a pan po prostu nie umie... nagrać płytki ze skanami. Czekam kolejny kwadrans. W końcu sukces! Dostaję płytkę, płacę po 2 zł od strony i... jestem szczęśliwy.
A teraz na koniec tego przydługiego wywodu pytam Joasię Szczepkowską: "Asia, co się skończyło w Polsce w 1989 roku?"
Karta nieważna, trzeba wyrobić nową. Nie ma problemu. Miła pani na poczekaniu wypisuje karteluszek. Ręcznie choć obok ma komputer. Nie sprawdza czy karty mi czasem nie odebrano za jakieś przewinienie. Nic. Pytam o możliwość skopiowania książki zamiast psuć powietrze w czytelni. "Zgodnie z prawem autorskim kopiujemy do 20 stron jednorazowo" (chętnie poznam przepis, który by skopiować legalnie całą 200 stronicową książkę nakazuje przyjść 10 razy). "W tym wypadku nie ma praw autorskich, bo wygasły. Książka ma ponad 100 lat" - oponuję wyrywkowo. "A, to może pan w Informatorium spróbować zamówić skany jeśli dyrektor pozwoli".
Informatorium. Miły pan. "U nas będzie pan czekał kilka dni, a w czytelni zrobią panu od ręki." Dziękuję i już chcę wychodzić ale Miły Pan mnie zatrzymuje "Proszę zaczekać, sprawdzę czy tę pozycję uda się zeskanować, czy będzie zzgoda.". Dzwoni. "Nie ma problemu, ma pan zgodę, proszę iść do czytelni". Dziękuję, idę.
Czytelnia. Pani Pierwsza: "Musi pan zamówić książkę. Będzie za 40 minut". Gdy pytam czy mogę zapłacić i przyjść od razu po gotowe skany patrzy na mnie jakby właśnie zobaczyła Lecha K. lub kobietę z brodą: "Proszę Pana, to jest Biblioteka Narodowa!". Nie rozumiem, tępy jestem. Włącza się Pani Druga: "A, pan po tych nuncjuszy z informatorium? To proszę pana działa tak: książkę ściągniemy z magazynu. Jak za 40 minut będzie to ją pan odbierze i podejdzie tam w róg do punktu xero. Poczeka pan, oni zeskanują i odda pan książkę." Bez mojego udziału choćbym chciał zapłacić z góry nie można. Zamawiam książkę i przychodzę po 40 minutach. Pani Trzecia: "Książki jeszcze nie ma. Dawno pan zamawiał? 40 minut? Pan przyjdzie za 10.". Przychodzę. Książka jest. Biorę zdobycz i idę do punktu xero w rogu.
Pani i Pan xerują, ludzie - zwłaszcza studenci - stoją karnie w kolejce. Jedna strona A4 na xero 45 groszy czyli dwa razy drożej niż gdziekolwiek. Monopol ma swoje prawa! Pani od Xero: "Zeskanować? Proszę przyjść w poniedziałek, dziś nie skanujemy". Próbuję oponować "Ale mnie powiedziano, że będę miał zeskanowane." Pani jest bezlitosna: "To Narodowa mówiła, a my jesteśmy inna firma. Nie mieli prawa tak mówić. Dziś nie skanujemy!". O xero nie ma co mówić, bo "zgoda jest na skan". Kto może to zmienić? "Pan idzie do kierownika od czytelni". Pan Kierownik miły: o xero nie ma mowy ale oni zgodnie z umową MUSZĄ zeskanować. Wracam. "Zostałem pouczony, iż zgodnie z umową państwo musicie zeskanować." Pani od Xero wyraźnie zdenerwowana chwilę naradza się z Panem od Xero. Atakuję: "Nie znam tej waszej umowy ale w poniedziałek chętnie się z nią zapoznam". Pan od Xero: "No dobra, pan da te książkę i przyjdzie za godzinę."
Przychodzę. Skanów nie ma, a Pan od Xero mozolnie z telefonem przy uchu usiłuje coś zrobić na komputerze. Po chwili orientuję się, że chodzi o moją książkę, a pan po prostu nie umie... nagrać płytki ze skanami. Czekam kolejny kwadrans. W końcu sukces! Dostaję płytkę, płacę po 2 zł od strony i... jestem szczęśliwy.
A teraz na koniec tego przydługiego wywodu pytam Joasię Szczepkowską: "Asia, co się skończyło w Polsce w 1989 roku?"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz