Co pewien czas na różnych spotkaniach wraca pytanie o plan Kochaniaka i jego skutki.
Stołeczna służba zdrowia jest zadłużona – to „oczywista oczywistość” – więc należy ją zreformować. Tyle, że proponowane (na szczęście wciąż bezskutecznie) przez ratuszowego urzędasa rozwiązania przypominają sytuację, w której naprawę uszkodzonej bryczki zaczyna się nie od wymiany zdeformowanego koła ale od malowania dachu. Może i potrzebnego ale dopiero po uzyskaniu po pojazd „jezdności”.
Ratuszowy plan miał najpierw zakładać, iż jedynym wyjściem z sytuacji stołecznej służby zdrowia jest stworzenie ze wszystkiego co się rusza w białym fartuchu (poza sprzedawcami i rzeźnikami) jednej spółki. Rozumowanie orła magistratu było proste jak schemat stołecznego metra: skoro część szpitali ma długi, a inne wynik dodatni to jak się to połączy w jedno to wynik się wyzeruje. To mniej więcej tak jakby zakładać, iż po połączeniu lubianego i dobrze prowadzonego teatru z kółkiem parafialnym oba osiągną jednakowy poziom. Nawet dziecko wie, że to bzdura. Niestety, dzieci nie bywają wiceprezydentami.
Plan „jedna spółka” żył swoim życiem przez pół roku. I miast osiągnąć formę uchwały zmieniony został w pomysł: 7 spółek. Każda z nich miała łączyć kilka jednostek. Oczywiście w imię ich ratowania. Pewnie dlatego na pierwszy ogień pójść miały szpitale położnicze (wszystkie mają wynik dodatki i brak zadłużenia) oraz takie „kule u nogi” jak na przykład Szpital Bielański (od lat w krajowej czołówce). O zadłużonych najbardziej (Solec i Praski) jakby ciszej.
Od przedstawienia tego wariantu minęło kolejne kilka miesięcy i co? Nic. Sytuacja z gatunku poszukiwań yeti. Podobno są tacy, którzy go widzieli, ale złapać się nie dał. A więc ani potwierdzić, ani wykluczyć istnienia. W Ratuszu też: projekt podobno jest ale radni go nie widzieli więc ani przyjąć (tyle, że głosów do tego – na szczęście wciąż brakuje) i uciąć dyskusję, ani odrzucić (czyli zamknąć dyskusję i wydawanie kasy na kolejne ekspertyzy, szkolenia, wydawnictwa itp.).
Co by się stało gdyby stołeczne lecznice skomercjalizowano? Wie każdy, kto ma pojęcie o warunkach tzw „kontraktowania świadczeń” przez Narodowy Fundusz Zdrowia. I każdy kto rzetelnie zbadał jak funkcjonują owe „rewelacyjnie działające” spółki powstałe na bazie samorządowych szpitalach w innych miastach. Dzielą się na dwie grupy: dobrze wypadających pod względem finansowym i leczących wszystkich pacjentów. Tak się bowiem mało śmiesznie składa, iż w tych najgłośniej okrzyczanych „cudem gospodarczym” po cichu zlikwidowano lub ograniczono liczbę łóżek najgorzej przez NFZ płatnych organizując na ich miejsce te płatne doskonale. I tak w Zamościu szpital publiczny (deficytowy) przyjmuje staruszków na oddział wewnętrzny, a skomercjalizowany (kiedyś samorządowy) na miejscu staruszków prowadzi doskonale płatne łóżka np. hematologiczne.
Ten przykład wyjaśnia dlaczego najpierw Ratusz chce komercjalizować położnictwa czy Bielański, a więc szpitale dające kasę. Podobnie rzecz ma się z przychodniami. Dlaczego prywatne funkcjonują dobrze? Bo de facto mają dwa źródła finansowania: Narodowy Fundusz Zdrowia i kasę pacjenta. Są takie, które oba te źródła wykorzystują łącznie. Publiczne leczą tylko za pieniądze podatnika. W prywatnym zasada jest prosta: pacjent płaci jeśli kontrakt się skończył. I nie narzeka, bo go stać. A jak nie stać to idzie w kolejkę do publicznego. Ustawia się grzecznie o 2 nad ranem i czeka z nadzieją, że „załapie się” na numerek. O ile przeżyje.
Co można na to poradzić? Proponowana przez ratuszowego urzędnika metoda komercjalizacji jest jedną z możliwości. W dłuższym horyzoncie może okazać się skuteczna: emeryci i bezrobotni których na płacenie nie stać , a numerka „nie wystoją” zasilą swoim zasiłkiem zakład pogrzebowy i za jednym zamachem podwójnie zasłużą się społeczeństwu: przestaną blokować rynkowe przekształcenia, a przez zwiększenie popytu na usługi funeralne wpłyną na wzrost produktu krajowego brutto. Jest jednak również inna metoda – trudniejsza – zacząć od reformy systemu opłacania publicznych świadczeń. Ale to wymaga więcej zachodu i politycznego zdesperowania niż żonglowanie publicznym majątkiem stołecznej służby zdrowia. Niestety…
Stołeczna służba zdrowia jest zadłużona – to „oczywista oczywistość” – więc należy ją zreformować. Tyle, że proponowane (na szczęście wciąż bezskutecznie) przez ratuszowego urzędasa rozwiązania przypominają sytuację, w której naprawę uszkodzonej bryczki zaczyna się nie od wymiany zdeformowanego koła ale od malowania dachu. Może i potrzebnego ale dopiero po uzyskaniu po pojazd „jezdności”.
Ratuszowy plan miał najpierw zakładać, iż jedynym wyjściem z sytuacji stołecznej służby zdrowia jest stworzenie ze wszystkiego co się rusza w białym fartuchu (poza sprzedawcami i rzeźnikami) jednej spółki. Rozumowanie orła magistratu było proste jak schemat stołecznego metra: skoro część szpitali ma długi, a inne wynik dodatni to jak się to połączy w jedno to wynik się wyzeruje. To mniej więcej tak jakby zakładać, iż po połączeniu lubianego i dobrze prowadzonego teatru z kółkiem parafialnym oba osiągną jednakowy poziom. Nawet dziecko wie, że to bzdura. Niestety, dzieci nie bywają wiceprezydentami.
Plan „jedna spółka” żył swoim życiem przez pół roku. I miast osiągnąć formę uchwały zmieniony został w pomysł: 7 spółek. Każda z nich miała łączyć kilka jednostek. Oczywiście w imię ich ratowania. Pewnie dlatego na pierwszy ogień pójść miały szpitale położnicze (wszystkie mają wynik dodatki i brak zadłużenia) oraz takie „kule u nogi” jak na przykład Szpital Bielański (od lat w krajowej czołówce). O zadłużonych najbardziej (Solec i Praski) jakby ciszej.
Od przedstawienia tego wariantu minęło kolejne kilka miesięcy i co? Nic. Sytuacja z gatunku poszukiwań yeti. Podobno są tacy, którzy go widzieli, ale złapać się nie dał. A więc ani potwierdzić, ani wykluczyć istnienia. W Ratuszu też: projekt podobno jest ale radni go nie widzieli więc ani przyjąć (tyle, że głosów do tego – na szczęście wciąż brakuje) i uciąć dyskusję, ani odrzucić (czyli zamknąć dyskusję i wydawanie kasy na kolejne ekspertyzy, szkolenia, wydawnictwa itp.).
Co by się stało gdyby stołeczne lecznice skomercjalizowano? Wie każdy, kto ma pojęcie o warunkach tzw „kontraktowania świadczeń” przez Narodowy Fundusz Zdrowia. I każdy kto rzetelnie zbadał jak funkcjonują owe „rewelacyjnie działające” spółki powstałe na bazie samorządowych szpitalach w innych miastach. Dzielą się na dwie grupy: dobrze wypadających pod względem finansowym i leczących wszystkich pacjentów. Tak się bowiem mało śmiesznie składa, iż w tych najgłośniej okrzyczanych „cudem gospodarczym” po cichu zlikwidowano lub ograniczono liczbę łóżek najgorzej przez NFZ płatnych organizując na ich miejsce te płatne doskonale. I tak w Zamościu szpital publiczny (deficytowy) przyjmuje staruszków na oddział wewnętrzny, a skomercjalizowany (kiedyś samorządowy) na miejscu staruszków prowadzi doskonale płatne łóżka np. hematologiczne.
Ten przykład wyjaśnia dlaczego najpierw Ratusz chce komercjalizować położnictwa czy Bielański, a więc szpitale dające kasę. Podobnie rzecz ma się z przychodniami. Dlaczego prywatne funkcjonują dobrze? Bo de facto mają dwa źródła finansowania: Narodowy Fundusz Zdrowia i kasę pacjenta. Są takie, które oba te źródła wykorzystują łącznie. Publiczne leczą tylko za pieniądze podatnika. W prywatnym zasada jest prosta: pacjent płaci jeśli kontrakt się skończył. I nie narzeka, bo go stać. A jak nie stać to idzie w kolejkę do publicznego. Ustawia się grzecznie o 2 nad ranem i czeka z nadzieją, że „załapie się” na numerek. O ile przeżyje.
Co można na to poradzić? Proponowana przez ratuszowego urzędnika metoda komercjalizacji jest jedną z możliwości. W dłuższym horyzoncie może okazać się skuteczna: emeryci i bezrobotni których na płacenie nie stać , a numerka „nie wystoją” zasilą swoim zasiłkiem zakład pogrzebowy i za jednym zamachem podwójnie zasłużą się społeczeństwu: przestaną blokować rynkowe przekształcenia, a przez zwiększenie popytu na usługi funeralne wpłyną na wzrost produktu krajowego brutto. Jest jednak również inna metoda – trudniejsza – zacząć od reformy systemu opłacania publicznych świadczeń. Ale to wymaga więcej zachodu i politycznego zdesperowania niż żonglowanie publicznym majątkiem stołecznej służby zdrowia. Niestety…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz