Pani Prezydent pokazała, że ma jaja – ta opinia jednego z komentujących sytuację z Kupieckimi Domami Towarowymi internautów oddaje zdanie statystycznej większości Warszawiaków. Nie pomogły ani szantaże, ani zasłanianie się dziećmi. Na Plac Defilad wreszcie będą mogły wjechać spychacze i w miejsce prowizorki („To jest fakt, na ten fakt rady ni ma, prowizorka najlepiej się trzyma” – jak śpiewał Wojciech Młynarski) będzie można – prawie 70 lat po wojnie – odbudować centrum Stolicy. Nareszcie!
Oczywiście pozostaje problem miejsc pracy. Ten jednak zdaje się rozwiązywać sam. Wolne miejsca czekają bowiem nie tylko na - wciąż licznych - bazarkach ale także w miejscach tak doskonale doskonałych jak choćby Millenniumm (ciekawe czy dałoby się to napisać dłużej?)Plaza.
poniedziałek, 27 lipca 2009
środa, 15 lipca 2009
Zembaty o Zapasie
Na swoim blogu Maciek Zembaty wspomina Zapasa. Wychodzi od owego - wspomnianego wczoraj - "głupiego określenia", a potem wspomina, wspomina, wspomina.
U Maćka pojawiają się papierosy palone przez Bohatera. Dorzucę anegdotkę: Jest przełom systemów. Zapas (nota bene Maćku sam tak o sobie pisał i mówił) pali już najchętniej Marlboro, które - od czasu do czasu - pojawiają się w kioskach. Jeszcze tylko spod lady ale są. Co pewien czas zatrzymujemy się więc Zapasową jetą pod jakimś kioskiem i czekamy na spektakl. Scenariusz jest zawsze ten sam: głowa Mistrza ginie w okienku ("reszta kadłuba" grzecznie czeka). Po chwili głowa wychyla się, a ginie ręka z długopisem. Znów głowa. Ręka z gotówką. I już uśmiechnięty Zbyszek z kartonem pod pachą wsiada do samochodu. Podjeżdżamy któregoś dnia pod kiosk na Grzybowskiej (tuż koło ówczesnego mieszkania Asi Wizmur). Spektakl zaczyna się jak zawsze. Ale ze zdziwieniem widzę, iż coś idzie nie tak. Scenariusz rwie się. Po chwili wyraźnie zirytowany Zapas wraca do samochodu z pustymi rękami, a w odpowiedzi na pytające spojrzenia wycedza: "Koniec XX wieku, a ona telewizora nie ma!".
U Maćka pojawiają się papierosy palone przez Bohatera. Dorzucę anegdotkę: Jest przełom systemów. Zapas (nota bene Maćku sam tak o sobie pisał i mówił) pali już najchętniej Marlboro, które - od czasu do czasu - pojawiają się w kioskach. Jeszcze tylko spod lady ale są. Co pewien czas zatrzymujemy się więc Zapasową jetą pod jakimś kioskiem i czekamy na spektakl. Scenariusz jest zawsze ten sam: głowa Mistrza ginie w okienku ("reszta kadłuba" grzecznie czeka). Po chwili głowa wychyla się, a ginie ręka z długopisem. Znów głowa. Ręka z gotówką. I już uśmiechnięty Zbyszek z kartonem pod pachą wsiada do samochodu. Podjeżdżamy któregoś dnia pod kiosk na Grzybowskiej (tuż koło ówczesnego mieszkania Asi Wizmur). Spektakl zaczyna się jak zawsze. Ale ze zdziwieniem widzę, iż coś idzie nie tak. Scenariusz rwie się. Po chwili wyraźnie zirytowany Zapas wraca do samochodu z pustymi rękami, a w odpowiedzi na pytające spojrzenia wycedza: "Koniec XX wieku, a ona telewizora nie ma!".
wtorek, 14 lipca 2009
Nie ma Zapasa...

Ta wiadomość przyszła tak nagle, że nie sposób w nią uwierzyć. Nie ma Zapasa. Umarł. Tak po prostu? Jak zwykły człowiek? To wydaje się wprost niemożliwe.
Zupełnie przez przypadek wiadomość ta dociera do mnie w momencie, gdy w gronie "starych znajomych" rozmawiamy o zakończonym teatralnym sezonie. Wymieniamy plotki. Anegdoty. Śmiejemy się. Ot, taki wieczór w Skolimowie.
Ten telefon brzmi nieprawdopodobnie. Wiedzieliśmy, że jest chory. Ale to nie była "śmiertelna choroba". Zresztą tyle już razy był chory. Pamiętam jak po pierwszych "sercowych kłopotach" zadzwonił by... się pożegnać. A przecież od odejścia z Dramatycznego byliśmy w dramatycznie luźnych kontaktach.
Zapas... Maciek Zembaty mówi, że nigdy nie używał tego określenia, bo "było głupie". A Zbyszek sam tak o sobie mówi. Mówił... Podpisywał karteczki, które - gdy nie było jeszcze komórek - zostawiał nam z komunikatami. Ważnymi i codziennymi.
Zapas... Mój wspaniały, wyrozumiały Szef. Pamiętam dzień podpisywania angażu i krótką rozmowę z pointą: "Dam ci tylko jedną radę: nie przechodź z podwładnymi na ty." Spojrzałem i zapytałem niewinnie kładąc nacisk na ostatnie słowo: "Dlaczego ZBYSZKU?" (Zaszczytu przejścia na ty dostąpiłem kilkanaście dni wcześniej w czasie kolejnego spotkania przy zrobionej przez Asię pizzy ze śledziem). Odpowiedź była krótka: "Bo łatwiej powiedzieć ty chuju niż panie chuju."
Dziękuję Zbyszku za wszystko!
piątek, 10 lipca 2009
SPEC czyli DLACZEGO ZAGŁOSOWAŁEM PRZECIW?
W czasie czwartkowej sesji Rady Warszawy wróciła sprawa prywatyzacji SPECu – największego w naszej części Europy dostawcy energii cieplnej do odbiorców końcowych czyli do mieszkań, firm i urzędów. Poprzednie „podejście” firmowane przez wiceprezydenta Jarosława Kochaniaka (tego samego, który chciał ze wszystkich stołecznych szpitali i przychodni zrobić jedną spółkę) nie udało się dzięki zdecydowanej postawie lewicy.
Styczniowa debata pokazała, że uchwała jest przygotowana niechlujnie (ot, choćby „drobny” błąd: w uzasadnieniu stwierdzono, iż dochód ze sprzedaży będzie „nie mniejszy niż 500 tysięcy”. W istocie chodziło o 500 milionów ale i ta kwota wydaje się – delikatnie mówiąc – niewygórowana). W dodatku nie wiadomo co właściwie miałoby zostać sprywatyzowane bowiem większość nieruchomości (często w szalenie atrakcyjnych punktach) nie ma uregulowanej kwestii własności, przedsiębiorstwo jest nie wycenione itd., itp.
W styczniowym wystąpieniu punktowałem radosną działalność uchwałodawczą Kochaniaka punkt po punkcie (ma mnie to kosztować 25 tysięcy, bo pan wiceprezydent poczuł się obrażony i po 5 miesiącach… złożył pozew o ochronę dóbr – ale to osobna sprawa).
Na sesji 9 lipca 2009 roku wszystko miało być tak jak radni Sojuszu Lewicy Demokratycznej żądali w styczniu: uchwała miała dawać prawo (a nawet obowiązek) dokonać wycenę przedsiębiorstwa. A po otrzymaniu audytu Rada miała podjąć decyzję co dalej. Zgadzamy się na prywatyzację czy nie.
I tak – prawie – skonstruowano uchwałę. Okazuje się jednak, iż z uchwałą jak z piwem: „prawie czyni wielką różnicę”. Rzeczywiście bowiem zaproponowany (i przyjęty) dokument wyraźnie podkreśla, iż nie jest zgodą na prywatyzację (w jakimkolwiek zakresie), a jedynie zleceniem audytu. Jednak…
Właśnie owo „jednak” powoduje, iż za uchwałą zagłosować nie mogłem. Skoro bowiem dopiero po zleceniu (i wykonaniu) audytu Rada ma decydować o ewentualnej prywatyzacji to dlaczego przyznawać 7 milionów także na… doradcę prywatyzacyjnego.
Początkowo sądziłem, iż to pomyłka. Można było błędnie zapisać w poprzednim uzasadnieniu, „500 tysięcy”, to można i wtrynić tym razem – też omyłkowo – doradcę prywatyzacyjnego. Dopytałem więc uroczą panią dyrektor (facet, który poprzednio przygotowywał uchwałę został skierowany na inny „równie odpowiedzialny odcinek” – konkretnie na dyrektora od autobusów) o co chodzi. Odpowiedź była tyleż interesująca co przerażająca: „Audytora i doradcę prywatyzacyjnego wybierzemy w jednym przetargu, bo tak będzie szybciej i taniej.” Pośpiechu akurat w tej sprawie nie ma, a owo „taniej” też może być dyskusyjne.
Audyt ma kosztować 3 miliony. Wartość zamówienia oszacowano – zgodnie z Prawem Zamówień Publicznych – na podstawie wstępnych ofert „specjalizujących się firm konsultingowych”. I dobrze. Ale jak w takim razie na potrzeby przetargu (a PZP wymaga tego) oszacowana zostanie wartość działań doradcy prywatyzacyjnego skoro wartość przedsiębiorstwa znana będzie dopiero po wykonaniu audytu, a zasadniczą częścią ma być „Od 0.1 do 3% wartości uzyskanej ze sprzedaży akcji”? A już dziś podawana w różnym czasie wartość SPEC waha się od (pomijając owe 500 tysięcy) 500 milionów poprzez ponad 700 milionów (na stronach BIP) do ponad miliarda („ostrożne” opinie specjalistów m.in. w Gazecie Prawnej).
I wreszcie kwestia najważniejsza: po co doradca prywatyzacyjny (któremu trzeba będzie płacić za „gotowość” nie mniej niż kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie) skoro Rada nie podjęła decyzji o prywatyzacji? I nie wiadomo czy kiedykolwiek podejmie.
Zaproponowałem więc, by uchwałę ograniczyć do owych 3 milionów na audyt, a z pozostałymi 7 poczekać na decyzję o – ewentualnej – prywatyzacji. Pan Kochaniak krzyknął zza tzw. „bufetu”, że „absolutnie nie”. Może jestem misiem o bardzo małym rozumku ale nie mogę pojąć dlaczego.
Nigdy wprawdzie nie kupowałem przedsiębiorstwa. Ale cała ta historia przypomina mi sytuację, w której zastanawiając się nad kupieniem samochodu mam za jednym zamachem wybrać i faceta, który oceni czy i za ile samochód warto kupować i faceta, który transakcję tę przeprowadzi. Mimo, iż jeszcze wcale nie zdecydowałem, że autko kupię. Co więcej wynagrodzenie tego drugiego speca ma stanowić procent od wartości autka określonej przez pierwszego. Tyle, że pierwszego jeszcze nawet nie wybrałem. Cała ta paranoja odbywa się zaś pod hasłem „szybciej i taniej”. Może to dobre hasło dla Tanich Linii Kolejowych ale na pewno nie dla działań związanych z przedsiębiorstwem, które każdemu z nas dostarcza ciepłą wodę i ogrzewanie.
Pan Kochaniak w styczniu opowiadał publicznie („Życie Warszawy”), że „Gdybyśmy najpierw zlecili wykonanie analizy przedprywatyzacyjnej, ogłosili wyniki, a potem poprosili radnych o akceptację transakcji, musielibyśmy ujawnić także wycenę. Wtedy negocjacje byłyby fikcją. To musi pozostać tajemnicą. Radni poznają cenę dopiero po podpisaniu umowy z inwestorem.”. Po upływie 6 miesięcy okazało się, że jednak można najpierw wycenić spółkę, a dopiero potem zastanawiać się czy ją sprzedać. Pan Kochaniak nie powiedział nawet przepraszam.
Ów wywiad w „ŻW” miał znaczący tytuł: „Zgoda na sprzedaż SPEC to kwestia zaufania”. Nie mam zaufania do Jarosława Kochaniaka. Zresztą nie po to mnie Mieszkańcy Woli wybrali bym ufał ale bym kontrolował i pilnował ich interesów. Ponieważ przywykłem, iż najpierw wiem czy i za ile coś kupię/sprzedam, a dopiero wówczas gdy podejmę decyzję szukam pomocy w przeprowadzeniu transakcji na blokowanie (bo mam nadzieję, że wydać ich Pani Prezydent i Urząd Zamówień Publicznych nie pozwolą) 7 milionów w dziurawym budżecie Miasta nie mogłem się zgodzić. I dlatego zagłosowałem przeciw.
W czasie czwartkowej sesji Rady Warszawy wróciła sprawa prywatyzacji SPECu – największego w naszej części Europy dostawcy energii cieplnej do odbiorców końcowych czyli do mieszkań, firm i urzędów. Poprzednie „podejście” firmowane przez wiceprezydenta Jarosława Kochaniaka (tego samego, który chciał ze wszystkich stołecznych szpitali i przychodni zrobić jedną spółkę) nie udało się dzięki zdecydowanej postawie lewicy.
Styczniowa debata pokazała, że uchwała jest przygotowana niechlujnie (ot, choćby „drobny” błąd: w uzasadnieniu stwierdzono, iż dochód ze sprzedaży będzie „nie mniejszy niż 500 tysięcy”. W istocie chodziło o 500 milionów ale i ta kwota wydaje się – delikatnie mówiąc – niewygórowana). W dodatku nie wiadomo co właściwie miałoby zostać sprywatyzowane bowiem większość nieruchomości (często w szalenie atrakcyjnych punktach) nie ma uregulowanej kwestii własności, przedsiębiorstwo jest nie wycenione itd., itp.
W styczniowym wystąpieniu punktowałem radosną działalność uchwałodawczą Kochaniaka punkt po punkcie (ma mnie to kosztować 25 tysięcy, bo pan wiceprezydent poczuł się obrażony i po 5 miesiącach… złożył pozew o ochronę dóbr – ale to osobna sprawa).
Na sesji 9 lipca 2009 roku wszystko miało być tak jak radni Sojuszu Lewicy Demokratycznej żądali w styczniu: uchwała miała dawać prawo (a nawet obowiązek) dokonać wycenę przedsiębiorstwa. A po otrzymaniu audytu Rada miała podjąć decyzję co dalej. Zgadzamy się na prywatyzację czy nie.
I tak – prawie – skonstruowano uchwałę. Okazuje się jednak, iż z uchwałą jak z piwem: „prawie czyni wielką różnicę”. Rzeczywiście bowiem zaproponowany (i przyjęty) dokument wyraźnie podkreśla, iż nie jest zgodą na prywatyzację (w jakimkolwiek zakresie), a jedynie zleceniem audytu. Jednak…
Właśnie owo „jednak” powoduje, iż za uchwałą zagłosować nie mogłem. Skoro bowiem dopiero po zleceniu (i wykonaniu) audytu Rada ma decydować o ewentualnej prywatyzacji to dlaczego przyznawać 7 milionów także na… doradcę prywatyzacyjnego.
Początkowo sądziłem, iż to pomyłka. Można było błędnie zapisać w poprzednim uzasadnieniu, „500 tysięcy”, to można i wtrynić tym razem – też omyłkowo – doradcę prywatyzacyjnego. Dopytałem więc uroczą panią dyrektor (facet, który poprzednio przygotowywał uchwałę został skierowany na inny „równie odpowiedzialny odcinek” – konkretnie na dyrektora od autobusów) o co chodzi. Odpowiedź była tyleż interesująca co przerażająca: „Audytora i doradcę prywatyzacyjnego wybierzemy w jednym przetargu, bo tak będzie szybciej i taniej.” Pośpiechu akurat w tej sprawie nie ma, a owo „taniej” też może być dyskusyjne.
Audyt ma kosztować 3 miliony. Wartość zamówienia oszacowano – zgodnie z Prawem Zamówień Publicznych – na podstawie wstępnych ofert „specjalizujących się firm konsultingowych”. I dobrze. Ale jak w takim razie na potrzeby przetargu (a PZP wymaga tego) oszacowana zostanie wartość działań doradcy prywatyzacyjnego skoro wartość przedsiębiorstwa znana będzie dopiero po wykonaniu audytu, a zasadniczą częścią ma być „Od 0.1 do 3% wartości uzyskanej ze sprzedaży akcji”? A już dziś podawana w różnym czasie wartość SPEC waha się od (pomijając owe 500 tysięcy) 500 milionów poprzez ponad 700 milionów (na stronach BIP) do ponad miliarda („ostrożne” opinie specjalistów m.in. w Gazecie Prawnej).
I wreszcie kwestia najważniejsza: po co doradca prywatyzacyjny (któremu trzeba będzie płacić za „gotowość” nie mniej niż kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie) skoro Rada nie podjęła decyzji o prywatyzacji? I nie wiadomo czy kiedykolwiek podejmie.
Zaproponowałem więc, by uchwałę ograniczyć do owych 3 milionów na audyt, a z pozostałymi 7 poczekać na decyzję o – ewentualnej – prywatyzacji. Pan Kochaniak krzyknął zza tzw. „bufetu”, że „absolutnie nie”. Może jestem misiem o bardzo małym rozumku ale nie mogę pojąć dlaczego.
Nigdy wprawdzie nie kupowałem przedsiębiorstwa. Ale cała ta historia przypomina mi sytuację, w której zastanawiając się nad kupieniem samochodu mam za jednym zamachem wybrać i faceta, który oceni czy i za ile samochód warto kupować i faceta, który transakcję tę przeprowadzi. Mimo, iż jeszcze wcale nie zdecydowałem, że autko kupię. Co więcej wynagrodzenie tego drugiego speca ma stanowić procent od wartości autka określonej przez pierwszego. Tyle, że pierwszego jeszcze nawet nie wybrałem. Cała ta paranoja odbywa się zaś pod hasłem „szybciej i taniej”. Może to dobre hasło dla Tanich Linii Kolejowych ale na pewno nie dla działań związanych z przedsiębiorstwem, które każdemu z nas dostarcza ciepłą wodę i ogrzewanie.
Pan Kochaniak w styczniu opowiadał publicznie („Życie Warszawy”), że „Gdybyśmy najpierw zlecili wykonanie analizy przedprywatyzacyjnej, ogłosili wyniki, a potem poprosili radnych o akceptację transakcji, musielibyśmy ujawnić także wycenę. Wtedy negocjacje byłyby fikcją. To musi pozostać tajemnicą. Radni poznają cenę dopiero po podpisaniu umowy z inwestorem.”. Po upływie 6 miesięcy okazało się, że jednak można najpierw wycenić spółkę, a dopiero potem zastanawiać się czy ją sprzedać. Pan Kochaniak nie powiedział nawet przepraszam.
Ów wywiad w „ŻW” miał znaczący tytuł: „Zgoda na sprzedaż SPEC to kwestia zaufania”. Nie mam zaufania do Jarosława Kochaniaka. Zresztą nie po to mnie Mieszkańcy Woli wybrali bym ufał ale bym kontrolował i pilnował ich interesów. Ponieważ przywykłem, iż najpierw wiem czy i za ile coś kupię/sprzedam, a dopiero wówczas gdy podejmę decyzję szukam pomocy w przeprowadzeniu transakcji na blokowanie (bo mam nadzieję, że wydać ich Pani Prezydent i Urząd Zamówień Publicznych nie pozwolą) 7 milionów w dziurawym budżecie Miasta nie mogłem się zgodzić. I dlatego zagłosowałem przeciw.
Subskrybuj:
Posty (Atom)