poniedziałek, 14 września 2009

Jak zostałem Naczelnikiem ZHP

Paweł Wypych został ustami prezydenta. Nie zazdroszczę. Przy tej okazji i mnie spotkało coś zaskakującego. Zadzwoniła cudowna red. Eliza Olczyk ("Rzeczpospolita") na plotki o PW. Pogadaliśmy, powspominaliśmy.

O ludziach Kaczyńskich nie mam zwykle nic dobrego do powiedzenia. Na tym tle PW jest wyjątkiem. Może ze względu na harcerską przeszłość, a może dobre początki w koalicji z lewicą (był działaczem UD) mimo wejścia w orbitę ludzi małych pozostał Człowiekiem przyzwoitym. O tym wszystkim z Elizą plotkowaliśmy.

Dziś przeczytałem tekst. W sumie wiernie oddający to co o PW myślę i co o Nim mówiłem. Zdziwiło mnie tylko jedno zdanie. Oto Autorka napisała:

"Radny SLD Andrzej Golimont, który również specjalizuje się w polityce społecznej, twierdzi, że Wypych był jedynym jasnym punktem całej PiS-owskiej ekipy, która przyszła w 2002 roku do warszawskiego ratusza. – Miał dużo pomysłów i konsekwentnie je realizował. Potrafił wyrzucić za drzwi związkowców, jeżeli stawali mu na drodze – opowiada z uznaniem Golimont. Dodaje, że Wypych na dodatek jest ujmujący, potrafi powiedzieć „wynocha” w taki sposób, że ma się wrażenie, iż życzy przyjemnej podróży.

– Wie pani, jak się poznaliśmy? Wypych mnie okupował – śmieje się radny SLD. – W 1989 roku byłem rzecznikiem naczelnika ZHP. Któregoś dnia grupa młodych ZHR-owców wdarła się do kwatery ZHP i zaczęła ją okupować. Ówczesny naczelnik Krzysiek Grzebyk, który był posłem, wszedł do naszej siedziby przez okno, a ja zacząłem się awanturować pod drzwiami, że ZHR-owcy uwięzili parlamentarzystę. Wejścia pilnował właśnie Wypych, który ze spokojem powiedział, że nikogo nie uwięził, przeciwnie chętnie wyrzuciłby tego posła, bo jest zwykłym szkodnikiem.

Golimont wspomina, że Wypych rozpoczął w Warszawie m.in. program rodzinnych domów dziecka. – Na jego promocję poszły spore pieniądze, „przypadkiem” zbiegło się to z kampanią wyborczą – mówi z przekąsem radny SLD."


To cytat za wersją tekstu z serwisu internetowego. W wersji papierowej stało, że byłem "zastępcą naczelnika". Zatkało mnie. Po krótkiej rozmowie z Autorką w wersji internetowej pojawił się "rzecznik". Płyną z tego dwa wnioski: Eliza jest wielka, a internet to potęga! :-)